Z Zagłady się nie wychodzi

Z prof. Michałem Głowińskim rozmawia Justyna Sobolewska

"Dziennik", 4.12. 2007

Dlaczego te dwie książki Pogrążeni i ocaleni i Poza winą i karą są tak ważne? Wszyscy piszący o Zagładzie się do nich odwołują.

Primo Levi i Jean Améry nie są typowymi pamiętnikarzami. Obaj przeżyli Auschwitz i opierają się na doświadczeniu, ich książki są osobiste, a jednocześnie są czymś w rodzaju traktatów moralnych. Obydwaj problematyzują sytuację, widzą ją z wielu perspektyw. Zresztą mówią nie tylko o Auschwitz i eksterminacji Żydów. Choćby sprawa tortur u Améry'ego. Torturowało się kiedyś, ale i dziś torturuje się ludzi. To zjawisko uniwersalne, niezależnie od tego, kim jest torturowany: talibem w Iraku, partyzantem w dżungli boliwijskiej. Améry przeszedł to na własnej skórze.

Obaj autorzy zajmują jednak przeciwne stanowiska: Primo Levi nie osądza zbrodni, a Améry mówi, że przebaczenie jest niemoralne

Nie, jeden całkiem nie wybacza, drugi nie całkiem protestuje przeciwko wybaczeniu. Więcej ich łączy. Obaj pochodzili z rodzin żydowskich, nieortodoksyjnych, zasymilowanych, Améry był wrośnięty w kulturę niemiecką, Levi w kulturę włoską. Byli ludźmi wykształconymi. Największa różnica jest taka, że Améry był Żydem niemieckojęzycznym. Choć znał inne języki, wiedział, że dobrze pisać można tylko w tym języku, w którym się człowiek wychował. Musiał to robić po niemiecku. Jednocześnie czuł, że to jest język oprawców. Posiadaczem kultury niemieckiej stał się esesman. Pisząc w tym języku uczestniczy się w kulturze zaanektowanej przez bandziora. Podobny jest ich stosunek do żydostwa. Nie czuli się Żydami. Zostali w tę tożsamość niejako wtłoczeni. Sartre twierdził, że bycie Żydem jest sprawą spojrzenia innych. Sytuacja takich właśnie zasymilowanych, nieortodoksyjnych Żydów to potwierdza.

Améry uciekł od niemieckości zmieniając po wojnie imię i nazwisko. Nie był zresztą Niemcem tylko Austriakiem?

To wszystko jedno. Lektury, tradycja, język - były te same. Ktoś powiedział, że geniusz Austriaków polega na tym, że wmówili światu, że Beethoven był Austriakiem, podczas gdy był rdzennym Niemcem. A znowu Hitler, choć był rdzennym Austriakiem, uznawany był za Niemca. Zresztą antysemityzm w Austrii był nawet większy niż w Niemczech, pisze o tym choćby Martin Pollack.

Mam wrażenie, że po niemiecku wychodzi niesłychanie dużo książek o antysemityzmie i Zagładzie.

To prawda. Choćby tak niezwykła książka jak Kryzys społeczny, antysemityzm, narodowy socjalizm historyka niemieckiego Wernera Jochmanna. Ukazała się w tym roku w Polsce ze znakomitym wstępem prof. Henryka Olszewskiego. To jest spojrzenie Niemca, który patrzy na przeszłość z niebywałą ostrością i uczciwością. Gdyby stworzyć fikcyjny dialog między Amérym, Levim i Wernerem Jochmannem, nie byłoby między nimi żadnych kontrowersji. Niemiec klasy Jochmanna by się znakomicie porozumiał z obydwoma.

Do świadectw Améry'ego i Leviego pasuje jeszcze Borowski

Kiedy czytałem obydwie te książki myślałem, że są znakomitym kontekstem dla Borowskiego. On też dostrzegał problematykę ogólną. Primo Levi pisze, że aby przeżyć, trzeba było być uprzywilejowanym. To jest główny temat Borowskiego. Uprzywilejowanie Leviego polegało na tym, że był chemikiem, miał praktyczny zawód i trochę znał niemiecki. Jeśli ktoś był krawcem, szewcem ślusarzem, było mu łatwiej niż specjaliście od literatury. Gdyby był filologiem klasycznym czy filozofem, nie miałby żadnych przywilejów.

Zaskakujące u obu autorów jest to, że po wyzwoleniu ofiary czuły się też jakoś winne

Wielu ocalonych zadawało sobie pytanie: dlaczego mi się udało, a nie komuś innemu? Stąd brało się to specyficzne poczucie winy. Co o tym decydowało? Lepszy punkt wyjścia, pieniądze, czy może zwykły przypadek? Zresztą rola przypadku szczególnie dla ludzi ukrywających się po tak zwanej aryjskiej stronie była ogromna. Jedna z osób, które ocalały, opowiadała, że kiedyś podróżując pod fałszywym imieniem, dajmy na to Marta, w pociągu sprawdziła swoją datę imienin. I kiedy zainteresowali się nią szmalcownicy, o to właśnie pytali. Czysty przypadek.

Levi i Améry ocaleli i dopiero kilkadziesiąt lat po wojnie popełnili samobójstwo

Zdumiewające, że skończyli w ten sam sposób, mniej więcej w tym samym wieku. Jeśli się weźmie pod uwagę to, ile wysiłku wymagało przeżycie, to decyzja samobójcza wydaje się tym bardziej dramatyczna. W ocaleniu zazwyczaj mieli swój udział inni ludzie. Takie życie wydaje się szczególnie cenne. Przerwanie go w świadomym akcie, świadczy o tym, jak trudno żyć z bagażem przeszłości. Mi jest bliższa inna postawa. Nazwałem ją kiedyś holokaustowym witalizmem. Oznaczał on, że cudem uratowane życie jest wielkim darem, najwyższą wartością, którą należy chronić. Oni myśleli inaczej.

Nigdy nie wyszli na dobre z obozu?

Zagładę można było przetrwać, natomiast z Zagłady się nie wychodzi. Niezależnie, czy się było dzieckiem, czy dorosłym. Przeżycia te tkwią w człowieku i nie można się od nich wyzwolić. Powracają w snach, w obawie przed zamkniętymi pomieszczeniami. Może to prowadzić do bardzo różnych postaw. Spotkałem ludzi, którzy tworzyli sobie fikcyjne biografie, żeby usunąć ten czas ze swojego życia. Inni musieli opowiadać. Inni znowu żyli nadal pogrążeni w tym doświadczeniu. To nie do wytrzymania. Jedyną formą wyzwolenia jest wtedy rzeczywiście śmierć i samobójstwo.

Obaj, Levi i Améry, mieli w dodatku poczucie, że nikt ich nie rozumie. Levi wspomina o chłopcu, który pytał go: - Ale dlaczego nie uciekliście? - A potem narysował mu plan ucieczki.

Wiedza na temat obozów niezmiernie się poszerzyła, a jednocześnie przedmiot tej wiedzy jest coraz trudniej wyobrażalny. W jednej ze szkół izraelskich na spotkaniu z kimś, kto przeżył Zagładę, nastolatka spytała: - A jak często zmieniano wam bieliznę pościelową? - Wyobrażała sobie Auschwitz jako okropny, ale jednak hotel. Ta sprawa nie powinna być przedmiotem ubolewania, czy krytyki, bo świadczy o tym, że świat znormalniał. Człowiek, żyjący w normalnych warunkach, nie jest w stanie sobie tego wyobrazić.

Kiedy wojna się skończyła miałem zaledwie 10 lat, ale swoje zdążyłem przeżyć: getto, ukrywanie się. Nie opowiadałem o tym. Dopóki tego nie opisałem. Ale pamiętam, że gdy czasem wspominałem o tym wśród rówieśników, którzy nie mieli takich doświadczeń, niewiele rozumieli. Nie dlatego, że nie mogli sobie wyobrazić, ale dlatego, że się o tym prawie nie mówiło. Nie tylko z powodu małej czy wielkiej polityki w Polsce, czy w innych krajach. To była kwestia higieny psychicznej. Ocaleni potrzebowali milczenia. Po to, aby od nowa móc wejść w codzienność, w nowe życie, nie można było stale myśleć o przeszłości.

Co się działo z pamięcią o Zagładzie w PRL-u?

Auschwitz było obecne, ale mówiło się o tym w trybie propagandowym. Kulminacja kłamstwa o czasach okupacji nastąpiła w okresie marcowym. Wie pani, że Marzec 1968 zaczął się od ataku na realną wiedzę o obozach? Proszę spojrzeć na tę encyklopedię z tyłu na półce. W haśle: obozy koncentracyjne, napisano zgodnie z prawdą, że istniały obozy pracy i osobno obozy zagłady. Do obozów zagłady trafiali przede wszystkim Żydzi. Stwierdzenie faktów zostało uznane za propagandę syjonistyczną. To był punkt wyjścia do ataków na Państwowe Wydawnictwa Naukowe i jeden z aktów założycielskich marcowego antysemityzmu.

Za Polski Ludowej prawie nie było książek o Zagładzie. Dzieło Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny Ten jest z ojczyzny mojej miało kłopoty z cenzurą. Reżim nie lubił tego rodzaju książek. Jeśli coś się ukazywało to w naukowych czasopismach. Jeśli teraz ukazuje się tak wiele książek, to znaczy, że ludzi ten temat szczególnie interesuje. I to jest najważniejsze.