Zapiski z podzielonego świata

Jakub Ekier w rozmowie z Piotrem Kieżunem i Adamem Suwińskim

"Kultura Liberalna" nr 389, 21 czerwca 2016 r.

O "Dziennikach" Maxa Frischa, jego przyjaźniach, powojennej Europie i recepcji dzieł szwajcarskiego pisarza w Polsce opowiada "Kulturze Liberalnej" poeta i tłumacz Jakub Ekier.

Piotr Kieżun i Adam Suwiński: Kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z twórczością Maxa Frischa?

Jakub Ekier: Fascynowałem się jego twórczością już jako licealista, w drugiej połowie lat 70. Pochłonąłem wszystkie trzy istniejące wtedy w polskich przekładach powieści Frischa: "Stillera", "Homo Faber" i "Powiedzmy Gantenbein".

Czy obecność Frischa była już wtedy w Polsce mocno ugruntowana?

Na pewno. Spora część jego sztuk miała za sobą polskie premiery. Powszechnie znane były wspomniane już powieści, wkrótce wyszła kolejna - "Montauk", wydana niewiele później niż oryginał, a w roku 1975, w numerze 8 "Literatury na Świecie", ukazały się fragmenty "Dziennika" z lat 1966-71, przełożone przez Małgorzatę Łukasiewicz. Zresztą w 1980 r. sam miałem okazję zobaczyć Frischa w Warszawie, na widowni zamkniętego spektaklu "Dziadów" w Teatrze Współczesnym. Później dowiedziałem się, że oglądał aktorów, którzy mieli zagrać w polskiej premierze jego "Tryptyku", wystawianego w reżyserii Erwina Axera. Frisch współpracował z Axerem przez dziesiątki lat i to szczególnie łączyło go z Polską.

Później też był żywo odbierany. W 1984 r. Krzysztof Zanussi zekranizował "Sinobrodego". Kolejne wybrane fragmenty "Dziennika" 1966-71 przekładał Jacek St. Buras do "Literatury na Świecie" (numer 11/12 z 1991 r.), inne Krzysztof Jachimczak do WL-owskiego tomu prozy "Sinobrody" i ja do "Tygodnika Literackiego" (numer 22/23 z 1991 r.). Wydaje mi się, że w tamtych latach atrakcyjność Frischa nie słabła.

Dzisiaj Frisch powraca przy okazji wydania jego "Dzienników". Pierwsze pochodzą z lat 1946-49, drugie z 1966-71. Poza nimi wydano "Szkice do trzeciego dziennika", który miał obejmować początek lat 80. Dlaczego zdecydował się pan przetłumaczyć pierwszy tom "Dzienników"?

To, że mnie przypadł pierwszy tom, Krzysztofowi Jachimczakowi drugi, a Małgorzacie Łukasiewicz trzeci, wynikło z naszych uzgodnień z Jackiem St. Burasem, który pilotował cały projekt w ramach współredagowanej przez siebie serii Kroki. Uzgodnienia wynikały nie tylko z upodobań tłumaczy trzech dzienników, okazały się jednak po mojej myśli, bo mnie ten wczesny tom podoba się najbardziej. Z jednej strony mieści się on w konwencji dziennikowej, a z drugiej strony ją rozsadza. Drugi tom jest całkiem niekonwencjonalny, co łatwo zauważyć po samym graficznym układzie tekstu, który ma formę kolażową - Frisch zastosował tu różne czcionki i różne konwencje gatunkowe. Poza tym ów drugi dziennik nie jest już utrzymany w układzie chronologicznym, jak dziennik pierwszy. Szkice do tomu trzeciego są z kolei, choć bez dat, bardzo naturalnym, pozbawionym - przynajmniej pozornie - zabiegów kompozycyjnych następstwem zapisków. Doskonałych i błyskotliwych, ale jakby już nieaspirujących do odkrywczości formalnej.

Na czym polega zatem niekonwencjonalność pierwszego tomu?

Po pierwsze, był to chyba jeden z pierwszych dzienników powstających od razu z myślą o publikacji. Jesteśmy raczej przyzwyczajeni do tego, że dziennik albo zostaje po śmierci autora wygrzebany z jego szuflady, albo ukazuje się dopiero jako przyczynek do biografii pisarza, który musi najpierw zasłynąć tuzinem powieści. Tymczasem "Dziennik" Frischa jest z zamierzenia przedsięwzięciem niemarginalnym. Świadczy o tym fakt, że zaraz po powstaniu, w 1950 r., został opublikowany przez Petera Suhrkampa jako jedna z pierwszych pozycji programu wydawniczego, obok m.in. esejów T.S. Eliota czy "Minima Moralia" Theodora W. Adorna. A pamiętajmy, że Frisch nie był wtedy jeszcze tak znany. Większość powieści i nagród miał dopiero przed sobą. Taki pomysł na diarystykę jest zresztą nader silnie obecny w literaturze polskiej: dzienniki Gombrowicza i Herlinga-Grudzińskiego na bieżąco, w odcinkach, publikowała paryska "Kultura".

Po drugie, jak już powiedziałem, tom pierwszy wykracza poza jednorodność gatunkową. Frisch umieszcza w nim szkic do scenariusza filmowego albo pierwszą wersję sztuki teatralnej. "Dziennik" pozwala też obserwować proces powstawania innych dzieł autora. W pewnym momencie Frisch wspomina, że czytał jakąś notatkę w gazecie, a później widzimy, że w szkicu do jego sztuki pojawiają się motywy zaczerpnięte z tej notatki. Albo ktoś opowiada mu jakąś historię, która zdarzyła się w Berlinie, a ona inspiruje go do napisania sztuki. Pojawiają się też fragmenty nowelistyczne, miniopowiadania albo listy do niemieckiego żołnierza, który walczył pod Stalingradem. A oczywiście walory literackie i intelektualne tego dziennika, który uważam za arcydzieło, na tym się nie kończą...

Czytaj dalej na stronie "Kultury Liberalnej":
http://kulturaliberalna.pl/2016/06/21/zapiski-z-podzielonego-swiata